Zofia Warych

15 stycznia 2018 15:26
/img/iconp_mst.png

Dane kontaktowe:
Tel: 501 537 443

Dane adresowe:
07-430 Myszyniec
N 21.34953 E 53.38049

Haftując kurpiowskie fartuchy, śpiewając o kurpiowskim życiu

Zofia Warych - śpiewaczka i hafciarka – ma swoją kurpiowskość we krwi. Urodziła się tuż przed wojną we wsi Dęby i niedaleko z rodzinnej wsi odjechała, bo tylko do Myszyńca, w którym spędziła całe swoje dorosłe życie. Zamiłowanie do śpiewu wyniosła z rodzinnego domu. Jej mama była uznaną w okolicy śpiewaczką weselną – cepsiorką. Ojciec z kolei był śpiewakiem pogrzebowym. Przez pięćdziesiąt lat prowadził też różaniec i po nim Zofia Warych, jako zelatorka, ten różaniec odziedziczyła. Powiedzenie, że jest i do tańca, i do różańca, adekwatnie charakteryzuje jej osobę. Kiedy skończyła piętnaście lat, to wszędzie była druhną, ponieważ umiała dobrze śpiewać i tańczyć, cieszyła się więc dużym powodzeniem. Jest też bardzo pobożna. Do dzisiaj w Wielką Sobotę wraz z innymi kobietami śpiewa mękę Pana Jezusa, która liczy sto siedemnaście zwrotek. Jak mówi: „Dawniejsze pieśni pamiętam dobrze, tych nowych trzeba się uczyć”. Ale pani Zofia znana jest nie tylko w lokalnym kręgu, mimo iż swoją karierę zaczęła późno, dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, mając ponad pięćdziesiąt lat. Gdy odchowała dzieci, odzyskała swój czas i zajęła się tym, co lubi najbardziej, czyli śpiewem i haftem. W tych dwóch dziedzinach trudno jej dorównać – jest mistrzynią kurpiowskiego śpiewu i haftu płaskiego.

Swoje występy zaczynała z zespołem śpiewaczym z niedalekiej Ciesiny (woj. warmińsko-mazurskie), gdzie mieszka jej siostra, i to ona namówiła panią Zofię na występy. Później przyłączyła się do miejscowego zespołu ludowego w Myszyńcu, by następnie rozpocząć występy solowe. Jakby nadrabiając stracony czas, pani Zofia zaczęła uczestniczyć w licznych festiwalach i przeglądach, zawsze ciepło przyjmowana przez publiczność i doceniana przez jurorów.

Wielokrotnie występowała na najbardziej prestiżowym Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, gdzie w 1995 i 2007 roku zdobyła pierwszą nagrodę, a w 2002 nagrodę główną, tym samym wchodząc do grona najlepszych śpiewaków ludowych w Polsce. Dryg do śpiewu odziedziczyła także jej wnuczka Łucja, z którą w 2010 roku zdobyła w Kazimierzu nagrodę w kategorii Duży-Mały.

Utytułowana powracała też często z Mazowieckiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Mińsku Mazowieckim, gdzie w latach 2006 i 2011 zdobywała pierwsze miejsca w kategorii śpiewacy soliści. Gwoli docenienia jej kunsztu śpiewaczego warto wymienić także sukcesy na Jarmarku Kurpiowskim w Myszyńcu (2009 i 2013), w Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów Kurpiowskich w Nowogrodzie (2008), podczas Ogólnopolskich Dni Kultury Kurpiowskiej (2012), w Kurpiowskich Prezentacjach Artystycznych w Ostrołęce w kategorii soliści seniorzy (2008). W 2011 roku otrzymała nagrodę związku Kurpiów KURPIK w kategorii Muzyka i Taniec. Brała także udział w spotkaniach podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Kolęd i Pastorałek w Niepokalanowie (w latach 2001–2002). Jedno z jej największych osiągnięć to medal Pro Masovia Marszałka Województwa Mazowieckiego za wieloletnią pracę artystyczną – odebrała go w 2006 roku podczas swojego benefisu zorganizowanego w Regionalnym Centrum Kultury Kurpiowskiej im. ks. Władysława Skierkowskiego w Myszyńcu, z którym od lat współpracuje. Ale wspomina także swoje występy w Wilnie i Grodnie, gdzie nie mogła zejść ze sceny, tak ją oklaskiwano i proszono o bis.

W 2011 roku otrzymała Nagrodę im. Oskara Kolberga „Za zasługi dla kultury ludowej” w kategorii twórczość plastyczna, zdobnictwo, rękodzieło i rzemiosło ludowe, folklor muzyczno-taneczny. Na inauguracji Roku Kolbergowskiego w Filharmonii Narodowej występowała obok Jana Brodki, zespołu Trombity Ziemi Żywieckiej, Piotra Gacy z Wielką Orkiestrą Gaców, zespołu Trebunie-Tutki, Kapeli ze Wsi Warszawa oraz Quintetu Zbigniewa Namysłowskiego. W 2018 została wyróżniona nagrodą Polskiego Radia "Muzyka Źródeł", przyznawaną wybitnym artystom ludowym, którzy kultywują tradycję i przekazują ją kolejnym pokoleniom.

„Bywała w świecie” i utytułowana, ale mówiąca o swoim późnym sukcesie, że przyszedł „sam”, „naturalnie” i po prostu ją cieszy – chce przekazywać swoje wyjątkowe umiejętności młodemu pokoleniu, prowadząc w szkołach warsztaty śpiewu, gwary, skręcania bibułkowych kwiatów, szydełkowania i haftu. Bo haft to jej druga, a właściwie równorzędna ze śpiewaniem miłość. Haftować nauczyła się od starszej siostry w wieku trzynastu lat. Ale później odłożyła to zajęcie, podobnie jak śpiew – nie było czasu, bo miała dużo pracy przy rodzinie. Dopiero kiedy dzieci się usamodzielniły, wróciła i do śpiewu, i do haftu, specjalizując się w fartuchach według mody myszynieckiej wyszywanych w róże: obszywała je, mereżkowała, robiła wstawki szydełkiem i przede wszystkim wyhaftowywała swoje słynne myszynieckie róże. Nie jest w stanie zliczyć, ile od tego czasu wyhaftowała fartuchów, ale gdy jest w kościele na Wielkanoc, liczy, które są jej dziełem. Wyhaftowanie fartucha, mimo iż igła w rękach pani Zofii śmigała, zajmowało około miesiąca – gdy skończyła jeden, zaczynała następny. Kiedy przyszła moda na fartuchy „nowoczesne”, a myszyniankom spodobały się transparentne nylony, zdarzało się, że taki nylonowy fartuch trzeba było wyszywać i pół roku. Haftowała także ręczniki, poduszki i obrusy, na których umieszczała i sto trzydzieści róż. Za swoje rękodzieło była wielokrotnie nagradzana na corocznym Miodobraniu Kurpiowskim w konkursie Rękodzieło Wsi Kurpiowskiej: w 2008 roku zajęła pierwsze miejsce za haft, w 2010 – drugie miejsce za haft i kwiaty, a w 2012 – pierwsze miejsce w dziedzinie koronka i haft.

Teraz z powodu problemów zdrowotnych nie może haftować, choć ręce i serce rwą się do tej pracy. Lubiła ją, miała bowiem na nią działanie uspokajające, tak jej było dobrze podczas tego wyszywania. Patrząc tęsknie na przybory hafciarskie i swoje prace, mówi: „To moje rącecki wysywały”. Tak jak ręce jej mamy, po której przechowuje skrzętnie „w poszanowaniu” kurpiowskie stroje. Ma dwanaście spódnic, fartuchy, koszule i chustki, a wszystko jest „stuletnie”. Różnokolorowe spódnice wkładane w zależności od świąt – amarantowe na Wielkanoc i Boże Ciało, zielone na Zielone Świątki, ciemne w Wielkim Poście – tkała jeszcze babcia z wełny „kameli” (którą można było kupić w żydowskich sklepach w Łodzi, a teraz takiej już nie ma). Po mamie pani Zofia ma także wełnianą chustę, którymi ta handlowała, a także bursztynowe korale.

Zofia Warych przywiązuje wielką wartość do tych odziedziczonych po najbliższych sobie kobietach i pracy ich rąk wyznaczników kurpiowskiej tożsamości, do jakich należy strój, który wymaga, by go pielęgnować i „poszanować”, tak aby schludnie wyglądał mimo swoich lat i aby w nim ładnie wyglądać, i żeby mógł przejść na kolejne pokolenia kobiet w rodzinie. Wszystko jest u niej dobrze wyprane, wykrochmalone i idealnie poskładane w szafie – jak przez konserwatora w najlepszym muzealnym magazynie.

Pani Zofia wydała już nawet ustną dyspozycję co do swojego pogrzebu – ma być pochowana zgodnie z tradycją w stroju kurpiowskim. Dodaje: „Mają z czego wybierać – jest sześć pełnych kompletów”. A jeszcze nie tak dawno, bo w 2010 roku, jako wdowa brała także w stroju kurpiowskim ślub ze swoją miłością z młodości. I to jest piękna puenta jej zanurzonego w Kurpiowszczyźnie życia.